Dodał(a) Haall dnia 22 - 02 - 2011 0 Komentarzy

► „Kochają się jak dwa gołąbki” – mówi przysłowie. Jednym z pierwszych, który opublikował je w swoich „Dziełach” wydanych w roku 1843 był najprawdopodobniej Józef Korzeniowski. Nie raz zastanawiałem się nad tym, co ono tak naprawdę oznacza. Z pewnością jest to przenośnia, porównanie, które zwykle odnosimy do siebie, do ludzi, gdy chcemy o jakieś parze powiedzieć, że jest sobie wierna, że partnerzy są mili i czuli dla siebie, że są pełni poświęcenia i odnoszą się do siebie z szacunkiem. Skąd się ono jednak wzięło? Czy tak jest naprawdę? Czy rzeczywiście gołąbki żyjące w parach mogą być dla nas wzorem do naśladowania? Czy partnerzy są dla siebie mili, czy rzeczywiście darzą się szacunkiem, czy się kochają, czy są wierni, a przede wszystkim, czy dzielą się solidarnie obowiązkami np. przy zdobywaniu pokarmu, czy przy wychowie potomstwa? Owszem, wiele zachowań gołębi nam się podoba, a czasem wręcz imponuje. Wiele chcielibyśmy od nich przejąć. Ale… kto wiele lat spędził wśród nich i bacznie je obserwował ten wie, że nie zawsze jest tak pięknie z tą miłością, wiernością i oddaniem.

Chciałem dziś opowiedzieć o pewnej samiczce urodzonej w moim gołębniku. Połączyłem ją w marcu z pięknym, trzyletnim niebieskim samczykiem. Gołębie żyjące w separacji od jesieni, od razu przypadły sobie do gustu. Wielka miłość, umizgi, pieszczoty, ścielenie gniazdka. Potem jajka – pilnie i solidarnie wysiadywane przez obydwu partnerów. Wreszcie pisklęta, szczególnie wyczekiwane i troskliwie przyjęte przez samiczkę. Wielka radość samiczki nie trwała jednak zbyt długo, bo zaledwie kilka dni. W miarę jak pisklęta rosły samiczka coraz częściej zaglądała do sąsiedniej celi, skąd głośnym gruchaniem uwodził ją samotny, wolny samczyk. Sąsiad wyraźnie jej imponował, tym bardziej, że miał w celi pustą miskę gniazdową. Jej natomiast była zajęta przez pisklęta. Obserwowałem to ze zdziwieniem, bo przecież jej dzieci miały dopiero kilka dni. Nie trwało to długo, bo już nazajutrz samiczka na dobre bawiła się z sąsiadem w jego celi. Nie interweniowałem. Niech sobie będą. To połączenie też jest dobre. Zobaczymy, co się z tego urodzi – pomyślałem sobie, a upewniło mnie w tym przekonanie, że przecież najlepsza jest miłość nieprzymuszona, ta z wolnego wyboru, bo to ona daje najwartościowsze potomstwo.

Nowy partner, zdobywca nie krył zadowolenia. Ożywił się bardzo, był szczęśliwy. Najbardziej się cieszył wówczas, gdy udało mu się zwabić samiczkę do celi. On siedział w misce, a ona muskała go dziobkiem po główce. Jej dotychczasowy partner – o dziwo – nie protestował. Zajęty był potomstwem. Pisklęta były jeszcze na tyle małe, że siedział na nich, dogrzewając je przez większość dnia i w nocy. Samiczka wprawdzie wzięła rozwód z pierwszym mężem, ale piskląt całkiem nie wyrzekła się. Od czasu do czasu odwiedzała swoje pierwsze gniazdo, by dokarmić młódki. Jej kochanek patrzył na to bardzo niechętnie, ale nie miał na tyle odwagi, by interweniować. Samiczka coraz bardziej wiązała się z nowym partnerem i z jego celą. Wydawało się, że zapomniała całkiem o pierwszym. Był dla niej zupełnie obojętny. Coraz rzadziej odwiedzała też młódki, aż wreszcie – ku uciesze nowego amanta – sama usiadła w jego misce lęgowej. On wówczas udawał się na poszukiwanie ściółki na gniazdko. Tu podkradł jakieś ździebełko z podłogi, a gdy gołębnik był otwarty, wylatywał na zewnątrz, znosząc pospiesznie krótkie, cienkie gałązki brzozy i modrzewia. Nowy amant był w tym czasie o partnerkę bardzo zazdrosny. Pilnował jej, jak najcenniejszej zdobyczy, wręcz nie spuszczał jej oczu, a gdy tylko opuszczała celę, by coś zjeść i napić się, postępował za nią krok w krok, skubał ją delikatnie po główce, skłaniając w ten sposób do powrotu do celi. Wkrótce, pewnego popołudnia w misce pojawiło się jajko. To nieco uspokoiło samczyka. Patrzył na nie z lubością, muskał je dziobem i nad nim przysiadł. Trzeciego dnia rankiem samiczka zniosła drugie jajko. I dopiero wtedy samczyk uspokoił się na dobre. Partnerzy solidarnie wysiadywali jajka. Ona siedziała wieczorem i nocą, on – za dnia.

Fot. 1. Frywolna samiczka, która tylko wskutek mojej interwencji nie rzuciła gniazda i młódka, by pójść z kolejnym „kochasiem

A co z opuszczonym samczykiem? Pozostał sam z dwójką dzieci, ale sprawiał wrażenie szczęśliwego. Karmił je, bronił przed intruzami. Potem, gdy młódki przeniosłem na podłogę, karmił swoje i jeszcze inne. Dobry ojciec. Po kilkunastu dniach w gnieździe samiczki (tym drugim) wykluły się pisklęta. Najpierw jedno, a po kilkunastu godzinach – drugie. Rodzice byli szczęśliwi. Największą radość widać było po samiczce. Była niezwykle troskliwa, opiekuńcza i uważna. Widać było, iż starała się o to, by czasem nie przydeptać maleństwa. Sama chciała siedzieć na nich. Nie dopuszczała od nich samczyka. Nie schodziła z nich nawet po to, by coś zjeść i zaspokoić pragnienie. Ale…. niestety; w miarę, jak pisklęta dorastały, troskliwość matki wobec piskląt wyraźnie słabła. Najbardziej zdumiało mnie jednak to, że już po kilku dniach samiczka przestała zmieniać samczyka na młódkach, a stawała się coraz bardziej łasa na zaloty kolejnego wolnego samczyka. Nie trwało kilka godzin, a ona już była w jego celi.

Drugi jej partner podzielił los pierwszego – pomyślałem sobie. Osamotniony, całą prawie dobę wygrzewał małe jeszcze pisklęta i prawie sam je karmił. Cały ciężar wychowu spoczął więc na nim. O ty taka dziw…! – pomyślałem sobie. Raz bym ci wybaczył, bo to może z potrzeby serca, ale po raz drugi? Tym razem wkroczyłem do akcji, bo z pewnością cały scenariusz powtórzyłby się. Przymknąłem trzeciego samczyka. Niestety nic to nie pomogło. Jeszcze tego samego dnia swawolna samiczka poszła do celi czwartego. Nie ma jej rady, taka „ostra” – pomyślałem. Tym razem ją samą izolowałem. To wreszcie poskutkowało. Gdy tylko ją uwolniłem, od razu wzlatywała do młódków i karmiła je. Po nakarmieniu znów ją przymykałem. Po kolejnym nakarmieniu piskląt – tym razem w swoim gnieździe (tym drugim), zniosła pierwsze jajko kolejnego, trzeciego lęgu. Ale szybka. Wtedy dopiero uspokoiła się, pozostając przy swoim (tym drugim) partnerze. Nie jestem jednak pewien, czy tym razem chować on będzie swoje dzieci. Przypuszczam, że gdybym jej nie przeszkodził, poszłaby do trzeciego, a potem z pewnością do czwartego.

Potem, gdy to przemyśliwałem, doszedłem do wniosku, że nie mogę jej mieć tego za złe. Nie powinienem się irytować, to przecież tylko natura, to bezrozumny instynkt rozrodczy. Taka już jest. Składa kolejne jajka wyjątkowo pospiesznie. Podczas gdy większość samiczek znosi je w cyklach co 32-35 dni, ona – co 25-27 dni.
Ta swoista nieobyczajność u gołębi nie dotyczy bynajmniej tylko samiczek. Jak wszyscy wiemy, gdy tylko jednego partnera na 2-3 dni zabraknie, zginie lub spóźni się z lotu, drugi przeważnie schodzi z jajek i szuka sobie innego, chyba, że w gnieździe są młódki. Nawet najlepszy ojciec rodziny zdradzi samiczkę z inną, gdy tylko trafi się okazja. I wcale mu to nie przeszkadza adorować swojej, wspólnie z nią wysiadywać jajka i karmić potomstwo. To tylko taki „skok na bok”. Co dziwne, jego małżonka wcale nie ma mu tego za złe, natomiast zwalcza i wręcz nienawidzi tej, która mu uległa. Czasem jednak ten związek żonatego samczyka z wolną samiczką jest głębszy. Samczyk ma równocześnie dwie partnerki i dwa gniazda. Wysiaduje jajka w obydwu, a potem karmi młódki i tu i tam. Partnerki wprawdzie nie patrzą na to chętnie, ale muszą się z tym pogodzić. Samiczki z reguły są wierniejsze, ale tylko wtedy, gdy w gnieździe mają jajka lub małe pisklęta. W innych okresach – jak to pokazuje opowieść – są łase na zaloty innych samczyków, a nawet skłonne do zdrady i odejścia.
Gołębiom niestety nie obce są również zboczenia. Gdy w gołębniku zabraknie samczyków, samiczki łączą się w pary, czasem nawet po 3 i 4 i … znoszą jajka. W jednym wspólnym gnieździe jest ich niekiedy po 4 i więcej. Wspólnie je wysiadują, siedzą na nich aż do znudzenia, bo oczywiście piskląt z nich nie będzie.

Jak to jest więc z tą wiernością u gołębi? Jak to jest z tym przysłowiem? – „kochają się, jak dwa gołąbki” – miłością czystą, piękną, ofiarną, wierną aż do grobowej deski. Niestety to tylko przysłowie, które nie ma potwierdzenia w życiu gołębi. U nich jest nieco inaczej. Niezależnie jednak od tego – dla nas, dla ludzi – idea ta na zawsze pozostanie piękna, szlachetna i godna kultywowania.

Autor: Piotr Patas

Musisz być zalogowany aby dodać komentarz.