Dodał(a) Agata dnia 22 - 02 - 2011 0 Komentarzy

rys. A. Janik

► Gdy Paul miał 7 miesięcy zamieszkał ze swoim stadem w małym miasteczku na południu Polski. Niebawem poznał tam nowych kolegów, którzy przyfrunęli do miasteczka tydzień później. Spotykali się razem na zaoranym już na zimę polu, gdzie z rana stado zlatywało się w poszukiwaniu śniadania. Gwarno było na polu: przepychanki, wrzaski, trzepot skrzydeł, głośne krakania. Pióra leciały, kiedy zgraja młodziaków przeganiała inne gawrony ze swojego kawałka pola. Paul siedział dzisiaj na skraju, na pobliskim drzewie i przyglądał się cicho porannej zawierusze.

Wiał wiatr, z drzew zlatywały ostatnie liście, a całe stado jakby nic sobie z tego nie robiło, jakby nie zauważało nadchodzącej zimy. Zajęci swoimi sprawami, od czasu do czasu słychać było głośne nawoływania się nawzajem. Co chwilę dało się słyszeć triumfalne „kra- kra” z radości nad większą zdobyczą. Paul jednak nie czuł się dzisiaj najlepiej, unikał gwaru, i nie miał ochoty na wspólne zabawy na polu z przyjaciółmi. Zadowolił się jedynie znalezionym kasztanem i siedział na gałęzi przyglądając się temu wszystkiemu.

Kiedy stado napełniło swoje wola, na polu pomału zaczynało się robić pusto.
Pozostały tylko pojedyncze czarne ptaki zbierając jeszcze pozostałości.
Nagle zadumę Paula przerwał gardłowy zachrypnięty głos starszego gawrona:
- ej ty, co tak siedzisz na tej gałęzi?
- a taki mam dzisiaj zły dzień – zimno, mokro, nie chce mi się dziobem grzebać w ziemi.
- w sumie masz racje, trochę sobie dziób obłociłem, ale zaraz wyschnie i się wykruszy, ale co zjadłem to moje, dzisiaj dużo było dżdżownic a mój sąsiad z drzewa obok, nawet myszkę znalazł. Ty jesteś młodym ptakiem, pewno to będzie pierwsza twoja zima?
- tak, zimy to ja jeszcze nie widziałem, ale dzisiejszy dzień wyjątkowo mi się nie podoba, wczoraj jeszcze świeciło słoneczko a dzisiaj i niebo zupełnie inne, jakieś takie granatowe.
- to jeszcze nie jedno mój drogi zobaczysz, przed nami ciężkie czasy, kto wie, jaka będzie tegoroczna zima.
Paul pożegnał się z poznanym gawronem i wrócił do swojego parku, gdzie na niego czekali już towarzysze, tam spędził spokojnie popołudnie przespawszy większość czasu chowając głowę pod piórka.
To był spokojny dzień w parku, mało ludzi, zaczął siąpić deszcz, było ponuro i nieprzyjemnie, całe stado siedziało cicho, każdy ptak wpatrzony tępym wzrokiem w krople spadające na ziemię, kałuże robiły się coraz większe.
Zrobiło się już ciemno.
Jak deszcz przestał padać, w oddali widać było tylko światła zapalających się latarń ulicznych.
Gawrony potrzepały zawilgoconymi piórami, nawoływały się wzajemnie z pobliskich drzew, ponarzekały, czasami wybuchła sprzeczka o wygodną gałąź na drzewie i pomału układały się do snu.
Paul jeszcze patrzał na migające światełka przejeżdżających gdzieś dalej samochodów, rozmyślając gdzie one pędzą tak po ciemku i jacy są ludzie.
Chwilę jeszcze podrapał się dziobem po plecach, po czym nastroszył czarne piórka, otrzepał i ukrył głowę, zamykając oczy pomyślał sobie jeszcze czy to jutro będzie ta zima, o której wspomniał starszy gawron? I czy zima to tylko deszcz?
Zasnął twardym snem, jeszcze coś w nocy go obudziło na chwilę, ale odgłosów nie mógł zlokalizować, kiedy ucichło znowu zapadł w drzemkę, tym razem zaczął śnić a w tym śnie było słoneczko, jasne i ciepłe i on gdzieś wśród zielonych liści i łąka, gdzie fruwały kolorowe motyle.

cz. II

Ptaki jeszcze drzemały, gdy w parku ciszę przerwało głośne wycie silników koparki.
To pracownicy na pobliskim placu zaczynali pracę.
Przy drzewie Paula słychać było głośne szczekanie psa, który właśnie ze swoim człowiekiem spacerował po parku.
Kilka drzew dalej inny człowiek grabił trawę, usypując kopiec z ostatnio opadłych liści.
Paul wyciągnął skrzydełko i łapkę, przeciągnął się na całą swoją długość i zaczął swoją poranną toaletę.
Każde piórko na skrzydłach przeczesywał dziobem, następnie zaczął układać swój czarny błyszczący ogon, o który zawsze bardzo dbał i pilnował, aby piórka na nim się nie poszarpały.
Przez moment spojrzał na swoich towarzyszy drzewa, każdy robił to samo.
Nagle pod drzewem usłyszał znajome krakanie:
- Paul, pospiesz się!, Czekamy na Ciebie, przestań wreszcie się czyścić i zlatuj z tego drzewa.
Na dole dreptało z zadartą głową dwóch jego kuzynów.
- lecisz z nami?, widzieliśmy fajne miejsce, można sobie dobrze pogrzebać.
- gdzie? – spytał Paul- wszyscy się już zbierają na pole, a Wy gdzie chcecie lecieć?
- pole nam nie ucieknie, najpierw zalecimy na jeden kontener!!
Ciekawość Paula nie pozwalała odmówić kuzynom, więc poleciał za ptakami, których jak zawsze rozpierała energia. Do dzisiaj pamięta opowiadania z drzew o niesfornych chłopkach w gnieździe, którzy byli najgłośniejsi ze wszystkich gawronich piskląt w stadzie.
Szybując pośród blokowisk ludzkich, mijając na parapetach okien gruchające gołębie, przybyli na miejsce.
Z kontenera unosił się dość nie przyjemny kwaśny zapach.
- to śmietnisko- wyjaśnił jeden z kuzynów- tutaj ludzie wyrzucają wiele dziwnych rzeczy, jak dobrze pogrzebiesz dziobem, znajdziesz coś dla siebie.
Przez moment ptaki nie mogły sobie poradzić z rozerwaniem niebieskich i czarnych worków, ale nagle przyjechał na rowerze człowiek i patykiem rozerwał worki ptakom. Wyciągnął dla siebie metalową puszkę i pojechał dalej.
Paul zobaczył na kontenerze grupkę kawek i jakieś dwa gołębie.
Ptaki w spokoju zaczęły przeszukiwać odpadki, nagle pojawiła się banda srok, które jak oszalałe zaczęły wydzierać się nad nimi.
- wynocha, wynocha – skrzeczały sroki.
Kawką nie podobały się przybysze, zaczęły głośno odpowiadać srokom, które usilnie chciały zawładnąć całym śmietniskiem.
Gołębie nie chciały się wdawać w awanturę i szybko odleciały na pobliski chodnik, gdzie na ławce siedział człowiek i zaczął je karmić słonecznikiem.
Natomiast sroki nie dawały za wygraną, zaczepiały na całego kawki, szarpiąc je swoimi dziobami za ogony, zaczynało robić się dość niebezpiecznie, bo zaczęły lecieć piórka, ludzie przystawali i patrzyli na ptasią zwadę i okropny hałas.
Nagle głośny warkot i trzask, wszystkie ptaki uniosły się w górę, ucichło krakanie, skrzek srok i odgłosy zezłoszczonych kawek.
Pod śmietnisko podjechał wielki wóz i zabrał kontener w zamian stawiając w to miejsce pusty.
Niezadowolone gawrony poleciały na pole, gdzie jeszcze udało im się wygrzebać jakieś małe bulwy.
Paul planował dzisiaj na polu pokrakać ze starym gawronem, ale dzisiaj przez pomysł kuzynów spóźnił się, pole było już zupełnie puste.
Gdy wrócili do parku, na trawie był gwar, to młodziki grały w kasztany.
Paul usiadł na gałęzi dopingując kolegom głośnym „kra”.
Wieczorem, kiedy już robiło się ciemno, a wszystkie ptaki układały się do snu, Paul rozmyślał ile dzisiaj się wydarzyło.
Gwiazdy świeciły na niebie, których wczoraj nie było widać, a w niezamkniętych oczach niektórych ptaków odbijał się księżyc. Gdzieś w pobliżu słychać było głośne śmiechy ludzi idących po ciemku przez park i migające w ich rękach kolorowe światełka, Paul zastanawiał się, co to może być.
Ziewnął i zapadł w głęboki sen, a w nim śniło mu się stado skrzeczących srok, kontenery, gołębie i człowiek z migającymi światełkami.

cz. III

Codzienne życie ptaków wydawało się takie same.
Coraz chłodniej, czasami łapki przywierały do zawilgoconych gałęzi, które w nocy ściskał przymrozek.
Ptaki zasypiały coraz bliżej siebie.
Paul obserwował z dnia na dzień zimę, która zaskakiwała go swoim chłodem, coraz częściej wspominał letnie poranki i tęsknił za ciepłym słoneczkiem. Stary gawron ciągle mu mówił
–To jeszcze nie to Paul, zimy bywają srogie i nie raz przykre dla ptaków.
Pewnego poranka na świecie zrobiło się biało, ptaki obudziły się w białych czapeczkach, a ziemię i drzewa pokrył biały puch, który srebrzył się w słońcu.
Paul nadziwić się nie mógł, co to stało się nagle ze światem.
Ptaki powtarzały jedne do drugich
-spadł śnieg
Stadko sikorek bogatek buszowały w pobliskich krzakach, jakby nie zauważyły zmienionego świata.
Dzieci idące do szkoły przez park bawiły się kulkami ulepionymi z białego puchu, roześmiane z czerwonymi policzkami, wydawały się być bardzo zadowolone.
Paul otrzepał się i sfrunął z drzewa zobaczyć, co to jest ten, biały puch, który okrył całą ziemię.
Śliczne to było, takie czyste, lśniące. Jednak pierwsze spotkanie okazało się dość nie przyjemne, puch okazał się lepki i bardzo zimny.
- doprawy nie wiem, czemu te ludzkie dzieci tak bardzo się cieszyły- głośno rozmyślał Paul.
Stary gawron usłyszawszy to sfrunął i powiedział:
- Paul wreszcie masz swoją zimę, która tak bardzo ciebie interesowała.
Tego poranka zdobyć pożywienie było bardzo ciężko, wszystko było przysypane grubą warstwą puchu.
Ptaki porozlatywały się po miejscach, które Paul nie lubił odwiedzać, zawsze stronił od ludzi nie będąc pewnym, co go może spotkać.
Między blokowiskami ludzkimi, buszowały stada gawronów, kawek, gołębi, a pomiędzy ptakami skakały dziwnie zadowolone wróble.
Kolejnego dnia sytuacja się powtórzyła. Z nieba leciał ciągle puch, czasami drobne płatki, innym razem duże zimne płaty śniegu.
Człowiek, który systematycznie odwiedzał ptasi park z psem, tym razem przyszedł do parku z resztkami jedzenia, które porozrzucał w rożnych miejscach.
Ptaki były dość przegłodzone, więc szybciutko spałaszowały to, co rozsypał człowiek, jednak nie obyło się przy tym bez zwad i wyrywania sobie dziobami pokarmu.
Zwinne wróble szybciutko sprzątnęły ostatnie resztki.
I tak przez kilka dni ziemia była przykryta zimową kołderką, aż pewnej nocy słychać było w koło głośne „kap, kap, kap” a rano znowu było widać ziemię, na której pokazały się duże kałuże po roztopionym śniegu.
Ptaki zaczęły buszować znowu po ziemi wygrzebując z niej, co tylko się dało.
Znowu słychać było wesołe kłapania dziobami, wszystko jakby ożyło i zrobiło się gwarno i wesoło.
Tak upłynęło kilka następnych cieplejszych dni.

cz. IV

Znowu spadł śnieg i znowu zrobiło się bardzo mroźno.
Wtedy, kiedy zrobiło się cieplej i śnieg zaczął po woli topnieć, nagle w nocy przyszedł mróz i ze śniegu zrobiła się twarda lodowata skorupa.
Park zaczęły odwiedzać wygłodniałe koty.
Pożywienie było jak widać nie tylko ptakom bardzo trudno zdobyć.
Wczoraj koty zapolowały na starego gawrona, którego mróz wykończył i od kilku dni nie czuł się najlepiej, był bardzo osłabiony, przez to stał się łatwym łupem dla wygłodzonych kotów.
Całe stado ogarnął wielki smutek, Paul siedział rozżalony, smutny, tępym wzrokiem spoglądał na park rozmyślając jak mogło do tego dojść. Tyle miał jeszcze do opowiedzenia staremu gawronowi, tyle jeszcze miał pytań, na które gawron mu zawsze starał się odpowiedzieć, tyle nauk płynęło z jego wieczornych opowieści a tu taka tragedia…..
Tak minęło w zadumie kilka dni, jakby wyrwane z życiorysu Paula, jakby zapomniał o całym świecie.
Nagle z tej zadumy wyrwał go przeraźliwy gawroni krzyk.
Paul poderwał się w powietrze, przeleciał kawałek nad parkowymi ławkami i ku jego trwodze zobaczył znowu polującego wygłodniałego kota.
W pysku trzymał ogon przerażonego gawrona, toczyła się walka, leciały pióra.
Kot swoimi pazurami mocno zaczął przytrzymywać zdobycz.
Paul nie zastanawiając się nad niczym, sfrunął z rozmachem na kota, wbijając mu swoje gawronie szpony w grzbiet i mocno zaczął tłuc kota po karku mocnym dziobem, ile tylko miał siły.
Nagle kot puścił swoją zdobycz, którą tak mocno trzymał i zaczął prychać i wymachiwać pazurami.
Ptaki poderwały się w powietrze, dopiero teraz Paul zauważył i usłyszał mocne wrzaski gawronów, które unosiły się nad nimi wydając przeraźliwe dźwięki.
Dalej stał człowiek z psem i obserwował to całe zdarzenie.
Ptaki wystraszone posiadały z powrotem na drzewa, debatując głośno nad tym, co się przed chwilą wydarzyło.
Paul usiadł na gałęzi obok niedoszłej ofiary próbował się uspokoić.
Dopiero teraz dotarło do niego to, co się stało.
Zaatakowany ptak to gawronica, o której wszyscy mówili Oliwka.
Oliwka miał bardzo poszarpany ogon i była bardzo okaleczona od kocich pazurów.
Wystraszone ptaszysko nie mogło jeszcze dojść do siebie.
Cała roztrzęsiona nastroszyła swoje piórka i skuliła w nie głowę próbując się uspokoić.
Najgorsze były następne dni, Oliwka wydawała się słabnąć i czuła się bardzo chora, rany nie chciały się goić.
Nagle pojawił się człowiek, który kilka dni temu obserwował zajście, podszedł do drzewa, zobaczył ledwo żywego ptaka siedzącego na najniższej gałęzi.
Wyciągną rękę i zabrał ptaka, nie wiadomo, co się stało z Oliwką.
Całe stado było bardzo poruszone. Ostatnie straty w stadzie i niesprzyjająca pogoda zabrały ostatnie nadzieje Paula na lepsze jutro.
I kiedy pomału zaczął już godzić się ze wszystkim, nagle pojawił się człowiek z zawiniątkiem w ręku i ku zdziwieniu wszystkich z zawiniątka było widać czarny łeb Oliwki.
Ptaki zaczęły hałasować, człowiek wypuścił Oliwkę, która szybko pofrunęła na swoje drzewo.
Radość dzisiaj była wielka, Oliwka opowiadała jak to człowiek leczył jej rany i karmił obolałego ptaka. I tak to Paul zyskał przyjaciółkę i stał się bohaterem w stadzie.
On – rozważny, spokojny, stroniący od zwad i walk okazał się silnym i odważnym ptakiem.


Dni stawały się coraz cieplejsze i dłuższe, z ziemi zaczęła wyrastać młoda trawa, drzewa zaczęły wypuszczać pąki i z dnia na dzień rozwijały się listki.
W powietrzu czuć było zapach pierwszych kwitnących kwiatów.
Wszystkie ptaki były bardzo radosne, w parku pojawiali się coraz to nowsi ptasi goście.
Od rana słychać było radosne śpiewy dzwońców, szczygłów, słowików.
Paul siedząc na gałęzi podziwiał jak piękny jest świat, jak cudownie świeci słoneczko i ile radości nastało dla niego.
Nagle wzdłuż gałęzi wierzby przeleciał z donośnym śpiewem rudzik wabiąc swoją partnerkę na pobliskie drzewo.
Żaden ptak już nie siedział osowiały, cały park tętnił życiem, wszystkie ptaki latały w poszukiwaniu nowych materiałów na swoje gniazda.
Jedne były już prawie skończone, inne dopiero zaczęte jeszcze inne w planach.
W parku na ławkach zaczęli przesiadywać ludzie, wsłuchując się w cały ten ptasi harmider.
Pierwszym najpoważniejszym wyzwaniem, jakie stanęło również nad naszą parą gawronów było zbudowanie własnego bezpiecznego gniazda.
Paul i Oliwka na zmianę dzieląc się obowiązkami lepiej niż niejedno ludzkie małżeństwo, zaczęli znosić patyki, układając je tak, że powoli widać było ich pierwsze efekty ciężkiej pracy. Kiedy gniazdo zostało przygotowane Oliwka złożyła na wyściółce z mchu 4 duże jajka.
Od tej pory ptaki zgodnie na zmianę wysiadywały jajka, oczekując na swoje potomstwo.
Aż pewnego poranka, kiedy jeszcze Oliwka drzemała, coś się zaczęło ruszać i cichutko piszczeć. Na świat wykluły się 4 małe gawroniątka.
Pisklęta szeroko otwierały małe dzioby i na boki kiwając swoimi główkami, zaczęły wołać o pierwsze śniadanie.
Paul oglądał swoje pociechy i nadziwić się nie mógł, a duma nastroszyła jego czarna piórka na piersi. Uniósł wysoko głowę i głośno oznajmił wszystkim, że właśnie został ojcem.
Od tej pory ciężko pracował, by wykarmić ciągle głodne dzieci.
Dżdżownice, larwy, pędraki, lądowały w dziobach jego dzieci, z dnia na dzień coraz głośniej dopominających się o jedzenie.
Nagle przypomniał mu się stary gawron, Paul spojrzał w niebo i rzekł:
- ciężki jest żywot ojca!
Podrapał się dziobem po brzuchu, poprawił pisklęta w gnieździe i cichutko zakrakał maleństwom na dobranoc, opowiadając im o pewnym poczciwym starym gawronie.

c.d.n
Autor: A. Janik

Musisz być zalogowany aby dodać komentarz.