Dodał(a) marta dnia 26 - 02 - 2011 0 Komentarzy

fot. A. Janik

► Każdego roku czekam na powrót pliszek. Od wielu lat zajmują ten sam, przytulny kąt pod dachówką budynku gospodarczego.
Pojawienie się małych, szarych ptaków w końcu marca jest znakiem, że nadeszła wiosna.
Pliszka w charakterystyczny sposób kiwa długim, cienkim ogonkiem, sprawia wrażenie, że wciąż jest radosna i pełna życia.
W czarnym berecie, w szerokim czarnym krawacie, śmiesznie drepcząc i rytmicznie podrygując głową, poluje na owady.
Ciągle w ruchu, co chwila zręcznie podskakuje i celnie chwyta zdobycz.
W tym roku przyleciał tylko jeden ptak, był dość osowiały, po kilku dniach osamotnienia pojawiły się pierwsze objawy zniecierpliwienia.
Brak partnera sprawił, że dość gwałtownie reagował na swoje odbicie w samochodowych lusterkach – było energiczne machanie skrzydełkami, ostre syczące dźwięki i uderzenia dziobem w szkło.
Wreszcie pojawiła się druga pliszka i od razu rozpoczęły się zaloty, potem budowa gniazda, w końcu wysiadywanie jaj.
Na dachu rozegrała się też bitwa o terytorium z parą kopciuszków, które musiały zadowolić się gorszym miejscem obok komina.
Pliszki nie są płochliwe, przyzwyczaiły się do obecności domowników, nie boją się podejść na kilka kroków. Jednak obojętność starej kotki na spacerujące tuż pod jej nosem ptaki, wydała mi się dość dziwna.
Wszystko wyjaśniło się, gdy pojawił się u nas nowy, młody kot, polujący na wszystko, co się rusza.
Jedna z pliszek latała nad głową kota, wykonując przy tym powietrzne ewolucje, następnie siadała w pewnej odległości i rozpoczynała podrygujący, zachęcający taniec.
Była czujna i skupiona, bo gdy drapieżca gotował się do skoku, ona podrywała się do lotu, wtedy jej miejsce zajmował drugi ptak.
Nie wiem, jak długo trwała ta zabawa, ale pod koniec dnia kocur z wywalonym językiem i pulsującymi bokami odpoczywał w cieniu pod płotem.
Po takiej lekcji wychowawczej mój kot przestał interesować się pliszkami.
Odchowanie kilku młodych wymaga dużego wysiłku i poświęcenia, rodzice musieli się natrudzić, by wykarmić gromadkę głodomorów.
W końcu podrośniętym żółtodziobom pozwolono wyjść na zewnątrz, rozpoczęła się nauka latania.
Jeden z młodych został uwięziony w środku budynku i tylko głośne walenie w szybę uratowało mu życie.
Był już mocno zmęczony, od razu udało mi się go schwytać, pod palcami czułam jak mocno bije mu serce.
Wypuszczony próbował wzbić się do góry i dopiero za drugim podejściem znalazł się na dachu.
Powitanie było radosne i hałaśliwe -najpierw z rodzicami , potem z rodzeństwem.
Nazajutrz młode porozlatywały się po okolicy a po paru dniach oddechu przyszedł czas na
przygotowania do następnego lęgu.

Autor: Danuta Kokocińska

Musisz być zalogowany aby dodać komentarz.