Dodał(a) Agata dnia 26 - 02 - 2011 0 Komentarzy

fot. Joanna Zaborska

► Może zacznę od końca. Mieszkam pod jednym dachem z gołębiem, a właściwie gołębicą. Nie może latać, jest wręcz skazana na życie w czterech ścianach. Postanowiłam zapewnić jej dom, najlepszy, jaki może w tych warunkach mieć, więc nie chciałam jej oddawać do azylu, gdzie będzie traktowana jak jeden z wielu poszkodowanych ptaków. Dla mnie jest wyjątkowa. Moja kruszynka. Zaryzykuje nawet stwierdzeniem, że w pewien sposób zmienia moje życie, przysparzając mi wiele radości i uciechy!
Wiec od początku. To był dokładnie dzień, kiedy dzieci rozpoczynają szkołę (1 września), kiedy wybrałam się na spacer z moim psem na pobliskie pole. Mieszkam na krańcu osiedla i z jednej strony mam nie wielki las, a z drugiej rozpościerają się pola, za którymi jest znowu las, a za nim widać morze (właściwie zatokę). Szłam nie cale 15 minut, kiedy zauważyłam coś szarego w trawie. Przyjrzałam się. To był ptak. Podeszłam bliżej. Leżał na pleckach, głowa przekrzywiona i patrzył w moją stronę. Nie mogłam przejść zwyczajnie obok. Kiedy podeszłam ptaszek zaczął wywijać nóżkami, próbując się podnieść. Ale nie mógł. Wzięłam go delikatnie na ręce. Skrzydło było w lekko już przyschniętej krwi. Jak by zaatakował go jakiś większy ptak. Był tak słaby że nawet nie walczył z tym że go trzymałam, jak by już było mu wszystko jedno. Zabrałam go do domu. Karton wyłożyłam ręcznikiem papierowym, dałam wody i chleba. Ranę opatrzyłam. Było dość ciepło, więc wystawiłam go na balkon i osłoniłam od słońca. Obserwowałam. Do końca dnia nawet się nie poruszył, nie pił, nie jadł. W większości spał, czasem tylko otwierając oczka. I tak kolejny dzień. Dopiero pod wieczór zauważyłam że zniknęło trochę wody. Wstąpiła we mnie nadzieja że może jednak będzie dobrze. I było, z dnia na dzień było już lepiej. Ptaszek zaczął jeść, pić i przemieszczać się w kartonie. Będąc przy okazji u weterynarza poradziłam się, co zrobić z tym ptaszkiem. Niestety nie znał się na ptakach, ale powiedział, że jeżeli jest tylko zwichnięte, albo, jeżeli to tylko rana to nabierze sil i sam odleci. Zbyt optymistycznie do tego podeszłam, bo myślałam że faktycznie tak będzie. Faktycznie gołąbek nabierał sił, nawet podejmował próby wyjścia z kartonu, powoli zaczynał chodzić próbując złapać równowagę. Ale zawsze, kiedy rano biegłam na balkon do niego to tam był. Wielką radością było dla mnie patrzeć jak robi sobie krótkie spacery po balkonie, a nawet próbuje rozłożyć skrzydła. Niestety potem byłam już pewna że jest złamane. Nie mogła go rozłożyć! Ale ja naiwne myślałam że po prostu musi dojść do siebie i widocznie to jeszcze trochę potrwa. Aż do pewnego dnia, kiedy zajrzałam popołudniu na balkon i… był pusty. Zajrzałam do kartonu. Pusto. Myślę- odleciała, ale jak to możliwe przecież nie mogła do pełni ich rozłożyć, tych skrzydeł. Wyjrzałam za barierkę… była tam, na dole. W trawie. Tak jak stałam, tak zbiegłam na dół do niej. Powtarzałam tylko w głowie „matko oby jej nic nie było, co jej strzeliło do głowy tak uciekać, kiedy nie może latać!” Mieszkam na drugim piętrze, więc upadek z takiej wysokości… matko… Leżała w tej trawie i ciężko oddychała, oczy szeroko otwarte. Widziała ze do niej idę i zaczęła być nie spokojna, ale nawet nie mogła się podnieść. Do dziś widzę to tak wyraźnie. Klęknęłam przy niej i się po prostu rozpłakałam, wyrzucałam sobie że nie dopilnowałam tego, że to moja wina, że powinnam to przewidzieć!! Obejrzałam ją, zdrowe skrzydło- całe. Chore-bez zmian. Wyglądała na całą i szczęśliwie ocaloną. Tylko dziwnie podwijała łapkę, była zbita. Musiała na nią upaść. Potem już płakałam ze szczęścia że nic się jej poważnego nie stało! Karton natychmiast wstawiłam do domu, zresztą i noce już powoli robiły się chłodniejsze. Na balkon-tylko ze mną.
Zauważyłam że do dziś został jej respekt do wysokości, nawet jak ma zeskoczyć z dłoni z wysokości ok. 20 cm to poważnie to przemyśla! Przekonała się chyba sama jak bardzo uszkodzone ma to skrzydło. Więcej nawet nie zbliżała się do krańca balkonu. Z stopką jakoś sobie radziła, troszkę utykała. Po około 2 tyg. spacerowała już normalnie. Oj a teraz? Biega na tych swoich łapkach lepiej niż chyba nie jeden gołąb…

fot. Joanna Zaborska

Nazwałam ją Kropka, choć najczęściej mówię do niej Kropcia. O dziwo zawsze rozróżnia, kiedy mówie do niej, a kiedy nie. Imię dostała dość nie dawno i dość przypadkowo. Był to moment, kiedy było już pewne że mój dom od tego dnia był i jej domem. Choć tak naprawdę jej domem jest jej klatka, a moje mieszkanie chyba traktuje jak podwórko wokół…
Początkowo mieszkała w kartonie, a właściwie w samej pokrywce od kartonu, liczącej nie więcej jak 25 cm wysokości. Póki z niej nie wyskakiwała nie było problemu. Kiedy zaczęła, dość szybko opanowała te sztukę do perfekcji i trzeba było pomyśleć, co dalej. W dzień nie było to problemem o ile ktoś był w domu. Dodam że nie mam w domu dywanów, w pokojach mam panele- a reszta w kaflach, więc ptaszynka spokojnie może sobie spacerować, ja tylko za nią chodzę i sprzątam. Ważne żeby zrobić to od razu, bo potem trzeba się troszkę więcej napracować. No cóż taki urok gołąbka! Więc problem pojawił się, kiedy zaczęła swoje niekontrolowane wypady poza karton, jak mnie nie było, bądź jak spałam. Więc wyszukałam wyższy karton, taki, co z niecałe pół metra miał. I tak stały obok siebie dwa pudła- rezydencja dzienna i nocna. Na noc zakrywałam ją ręcznikiem, wtedy szybciej się uspakajała! No, ale z czasem zaczęło być to dość nie wygodne, a przede wszystkim nie upiększało mojego pokoju. Więc zeszłam do piwnicy po klatkę. Rozsądnym dla mnie było to że w wysokim kartonie leży w totalnej ciemności i tylko nasłuchuje, a tak to będzie widziała wszystko w okuł, może będzie spokojniejsza. Kiedyś miałam papużki faliste i nimfę – ostała mi się po nich ta klatka, której na szczęście nigdy się nie wyzbyłam! Wiadomo, dla małych papużek klatka ta była jak wielka willa, dla Kropci jest w sam raz z nie wielkim zapasem przestrzeni. No i tu się zaczęły schody, bo po pierwsze mała zżyła się ze swoim kartonem, a po drugie uznała klatkę jako zamach na swoją wolność chyba, bo z kartonu zawsze mogła wyskoczyć jak się jej podobało. Ale nadeszła noc i musiałam ją włożyć do nowego lokum mimo wszystko. Oj myślałam że serce pęknie mi z żalu. Kropcia szarpała się z klatką z dobre 20 minut. Tupała w tą i z powrotem szukając wyjścia, nawet kilka razy chyba rzuciła się na ściankę. Leżałam tylko i słuchałam. Nawet był moment że pomyślałam, ze ją wypuszczę, że dla niej to musi być straszne. Z przestronnego nieba do klatki… Uspokoiła się. Musiałam uciec się do podstępu żeby zaoszczędzić sobie i jej tego całego zachodu na wieczór. Zacznę od tego że mała zawsze wskakuje mi wieczorem na łóżko i tak razem oglądamy telewizje i za każdym razem łudzi się że będzie mogła zostać i spać na poduszce. Gasiłam wszystkie światła i siadałam z nią na kolanach, tak długo aż się uspokajała. Następnie delikatnie wkładałam ją do klatki. W ciemnościach ptaszynka nie wiele widziała więc było o wiele łatwiej. Wyglądało to mniej więcej jak kładzenie małego dziecka spać. Z czasem Kropcia oswoiła się z klatką na tyle że sama zaczęła w ciągu dnia do niej wskakiwać, nauczyła się że tam jest woda i jedzenie. I to całe usypianie stało się zbędne, bo nie robiła już problemów, kiedy ją wkładałam. Dziś spędza w niej dużo czasu z własnej nieprzymuszonej woli, ucina sobie drzemki w ciągu dnia, bądź po prostu sprawdza czy w wszystko „jest na swoim miejscu”. Teraz to jej dom, jej terytorium, którego musi strzec i pilnować. Kiedy tak zaczęła spostrzegać tą klatke, to zaczęła jej faktycznie bronić. Dziobać jak ktoś stał za blisko! Dość śmiesznie też było, kiedy musiałam posprzątać. Natychmiast przybiegała jak tylko usłyszała że „dobieram” się do klatki. Stała i bacznie obserwowała każdy mój ruch. Czasami potrafiła wskoczyć mi do pustej kuwety i nie dała się przegonić. A na podziękowanie za porządek dziobnąć jeszcze raz. Już się jakoś dotarłyśmy i już mi bardziej ufa, nadal obserwuje jak sprzątam, ale na przykład pozwala mi dotknąć jej, kiedy stoi przy wejściu, a czasem nawet włożyć rękę do środka (jak coś chcę wyjąć). Choć unikam wkładania rąk, chce, aby mogła się tam czuć bezpiecznie. Także Kropcia ma tam swoje małe królestwo, taki domek w domku!

fot. Joanna Zaborska

 

Nie jestem pewna czy się przyjaźnimy. Chciałabym, aby tak było. Ja pokochałam ją od początku, choć sama jeszcze o tym nie wiedziałam. Naturalnie wzbraniałam się przed uczuciem i przywiązaniem, no bo gdyby miała odlecieć pewnego dnia… wiadomo, było by mi smutno i tęskno. Ona myślę ze mnie toleruje. Na pewno obydwie się badamy nadal, na ile możemy sobie pozwolić względem siebie. Ona jest jak takie małe dziecko, które sprawdza gdzie są granice i kto tu tak właściwie rządzi, kto wie może się okaże że ona?
Kropcia sama się chyba nie może zdecydować czy mnie dziobać, czy mnie adorować. Co ciekawe z jednego do drugiego potrafi przejść w sekundę! Sama się dość nie dawno dowiedziałam jak wygląda taka adoracja. Kropcia rozkłada ogonek, tak że przypomina rozłożony wachlarz i zaczyna tańczyć! A właściwie tupie z nóżki na nóżkę i zatacza kółka tak dreptając. Do tego radośnie grucha! Zachęta do takich zalotów jest najzwyklejsze kiwnięcie głową, jak by powiedzenie tak! Tak chce! Często bawię się tak z nią, że odpowiadam jej również kiwając głową. Za pierwszym razem Kropcia rozkłada ogonek tylko troszeczkę. Jak by mówiła „jestem nie śmiała, nie tak od razu!” Drugi raz, troszeczkę bardziej i tak aż zaprezentuje go całkowicie i zaczyna tańcować! Zadziwiające jest że idealnie potrafi zgrać ruch ogonka z ruchem mojej głowy, nie zależnie jak szybko i jak nie spodziewanie kiwnę do niej! Czasami zamiast pląsów z tak pięknie prezentowanym ogonkiem, lekko skierowanym w ziemie idzie dumnie przez pół pokoju, aż dotrze do swojej „wycieraczki” (pod klatką ma złożony ręczniczek), wskakuje i wtedy zaczyna gruchać.
Przyznam się że na początku nie było nam lekko. Jak tylko poczuła się zdrowsza i silniejsza (no i zaprzyjaźniła się z kartonem) zaczęło się wielkie dziobanie! Z czasem coraz odważniejsze i złośliwsze. Mała opanowała jakąś wyjątkowo okrutną technikę, nie dość że łapie skórę w dziób to jeszcze ją wykręca, zadając większy ból. Prawda taka, że nie jest to jakiś ból nie do zniesienia. Czasami zaboli, ale bez przesady. Myślałam że jak nie będę ruszać dłonią to się uspokoi, ale gdzie tam! Czasem bardzo delikatnie łapałam ją za dziobek (tak że jak by tylko wycofała główkę by go wyjęła), po chwili się uspokajała i wystarczyło tylko że puściłam ją, to znowu od nowa. Zabawne że te wszystkie akcje zachodziły zazwyczaj, kiedy to ona przychodziła do mnie. Na przykład wgramoliła mi się na łóżko (dokładniej wspięła; latać nie może, to świetnie opanowała wszelkie podskakiwanie, przeskakiwanie i wdrapywanie za pomocą pazurków. Więc na moje łóżko najpierw podkasuje, wbija się pazurkami w kapę i się wspina na samą górę!) Także już jest na łóżku, następnie wskakuje mi na nogę, zauważa moją rękę i frruu na atak! Albo mości się już na poduszce i ja ją chce przegonić, więc to znowu dobry powód żeby odrobinkę sobie podziobać! Bardzo długo nie było z nią spokoju. Każdy kontakt z dłonią kończył się awanturą! Taki stan utrzymywał się z dobre 2 miesiące, jak nie dłużej. Dopiero od 2-3 tyg. żyjemy w zgodzie. Poszłam do rozum do głowy i pomyślałam że skoro nie che mieć z mną żadnego kontaktu, to nie! 2 dni ją ignorowałam, nie zaczepiałam. Nie dawałam się wciągnąć w kłótnie. Czasem, kiedy chciałam sprzątnąć „z pod niej” kupkę, już wyciągała szyje z dziobem, a ja konsekwentnie udawałam że tego nie wiedzę i jej tam nie ma tak właściwie. Kropcia zaczęła mi się przyglądać. Dość ciekawie zbiegło się to z faktem że poinformowano mnie że to dziewczynka! (przez tą jej wojowniczość myślałam że to samczyk, ale dowiedziałam się że i samiczki takie są, zresztą jej płeć potem potwierdził lekarz, tzn. przytaknął mi) i ja zaczęłam sama do niej mówić jak do młodej damy i Kropcia przez tą rozłąkę złagodniała! Pozwoliła mi się pogłaskać po grzbiecie i nie wykręcała się żeby się obronić. Stała się taka Kochana. Często jak jest z kilka metrów ode mnie mówię do niej, „co jest Kropcia?” i ona tak jak by przełykała ślinę (w miejscu gardełka pojawia się falisty ruch) i zaczyna tak z klasą wręcz iść w moim kierunku. Pięknie to wygląda, bo odbija się światło i na szyi pobłyskuje piękna zieleń! A ona ma taki łagodny wyraz „twarzy”. Przychodzi do mnie i pozwala się pogłaskać! Jednak nadal zdarzają się chwile, kiedy jej się coś nie spodoba, albo ja w jakiś sposób naruszę jej cierpliwość i wtedy dziobnie, na początku lekko (dla ostrzeżenia!) a potem już się nie patyczkuje!
Jest charakterna! uwielbiam ją i za to. Pewnie jeszcze trochę potrwa zanim się całkowicie dotrzemy.

fot. Joanna Zaborska

Nie wiem, czemu (tak mi się wydaje) panuje stereotyp że gołębie to takie ptaki nijakie. Dreptają po tych dworcach, walczą o każdy okruch i tylko brudzą. A jednak ja odkryłam, że te ptaki maja charakter, bardzo sprytny rozumek i są naprawdę mądre! Moja ptaszynka jest wyjątkowo pomysłowa. Zaskakuje mnie prawie na każdym kroku. Sama znalazła się w zupełnie nowym i tak obcym otoczeniu. Musiała zaakceptować klatkę, to że już nigdy nie popatrzy z lotu ptaka i że w domu jest takie urządzenie jak odkurzacz. Przede wszystkim pogodzić się ze swoim kalectwem i znaleźć inny sposób na przemieszczanie się.
Pierwsza „sztuczka”, jaką opanowała było wchodzenie na łóżko. Na początku, wielokrotnie kończyło się to upadkiem. Ale z niewiadomych powodów bardzo jej zależało, żeby na tym łóżku się znaleźć! Więc na upartego, aż w końcu taka rada z siebie że znalazła się na górze. Najbardziej spodobały się jej tam poduszki, na których się mości i jest bardzo zła jak chce ją zdjąć! Następne było biurko. No i tu był już problem, bo jest dwukrotnie wyższe i nie dało się wspiąć po kawałku materiału. Moje biurko, wraz z biurkiem komputerowym stoją w rogu pokoju i po obu stronach mam okna. A za oknem cały świat! Więc Kropcia uwielbia patrzeć przez okno. Czasem jak na nią patrzę to mi jej tak żal, bo zaraz sobie dopowiadam, co ona myśli. Że wolała by wolność i mimo że pada, wieje itp. Ona zazdrości tym ptakom, co szybują po niebie. Mieszkam na końcu osiedla i właściwie otulona jestem lasem i polami. Więc koło mojego bloku lata dużo różnych ptaków. Ostatnio Kropcia podglądała dwie sroki, które się bawiły na dole w trawie. Zauważyłam, ze boi się wron, kruków, mew i srok. Kiedy przelecą zbyt blisko okna, Kropcia zrywa się, zaczyna się trząść i kładzie wszystkie piórka po sobie! Ostatnio nieświadomie spłoszyłam z parapetu, jakiego małego ptaszka (jak wróbelek) z żółtym brzuszkiem. Siedział po drugiej stronie szyby, odwiedzał chyba moją dziewczynkę. Może kiedyś odwiedzą ją gołąbki, ale boje się że serduszko jej nie wytrzyma z tęsknoty. Oj, chciałabym tylko żeby ona rozumiała że nie trzymam jej w domu z egoistycznych pobudek, a dla jej dobra! Czasem zostawię na biurku lusterko i Kropcia wtedy tańczy do tego lusterka, gada, czasem dziobnie. Ale szybko orientuje się że coś nie gra. Patrzy za lusterko i potem znowu w lusterko i słusznie zauważa że z tyłu już nie ma ptaszka! Wrócę do tego jak właściwie znajduje się na tym biurku i parapetach! Otóż wykorzystuje mnie! Kiedy siedzę przy biurku i mam wyprostowana nogę, wskakuje mi na nią i pod górę, aż znajdzie się na kolanach. Nauczyłam się że muszę chować klawiaturę wtedy, bo kolejny krok jest właśnie tam i już nie raz wcisnęła za dużo klawiszy na raz i narobiła jakiś bzdur w komputerze! Nie raz wymusza na mnie to żebym jej pomogła wskoczyć. Stoi pod moim krzesłem i wyciąga szyje do mnie i się wnikliwie patrzy. Albo przestępuje z nóżki na nóżkę, jak by chciał powiedzieć „jak mi nie chcesz pomóc to sama jakoś sobie poradzę!” Często jest taka kochana, że jak już się znajdzie na moim kolanie, to albo się tak układa do snu, albo przeskakuje jeszcze wyżej na ramie i tam się kładzie. I tak śpi. A ja się boje poruszyć żeby jej nie spłoszyć, bądź nie przeszkodzić w śnie. Często tak siedzę aż mi zdrętwieje noga! Tak ją kocham! Musze tylko pamiętać że, kiedy wychodzę na dłuższa chwile z pokoju, żeby ją zdjąć na ziemie, bo ona by chciała biec za mną i często jak wracam, to ona patrzy się w dół, z łapkami już na krawędzi i myśli jak tu zeskoczyć. Bo Kropcia generalnie chodzi krok w krok za mną po całym domu. Ja wychodzę z pokoju no to i ona biegiem za mną! Dziwi mnie to, że ona nie lubi być sama w pokoju.
Często jest tak, że szukam jej na ziemi, a ona mnie zaskoczy, bo na przykład siedzi na półeczce przy telewizorze, albo na krawędzi brodziku w łazience, czy na moim kozaku w przedpokoju! Jednak jej ukochanym miejscem na drzemki to kapcie. Zawsze znajduje w nich biały pyłek!
A tak naprawdę to wszystko, to początek opowieści o tym, co ona potrafi!

fot. Joanna Zaborska

Codzienne życie Kropci jest wyznaczane przez rytm mojego. Kropcia wstaje wtedy, kiedy ja i się kładzie. Jak tylko wyjdę spod kołdry, jeszcze pół śpiąca, lecę otworzyć jej drzwiczki od klatki. Gorzej, kiedy to ona obudzi się pierwsza, bo wtedy nie daje mi spać. Chyba siedzi cały ranek i obserwuje każdy mój ruch. Jak zobaczy że się tylko delikatnie poruszę zaczyna gruchać w pewien specyficzny sposób, taki głuchy i podobny do chuchania sowy. Dobrze wiem, o co jej chodzi: „wypuść mnie!”, więc często dochodzi do tego, że rano staram się nawet nie poruszyć palcem!

Zawsze rano, zanim wyjdę na uniwerek daje jej, co najmniej godzinkę, żeby sobie rozprostowała kostki. Potem musi wrócić do klatki, do czasu aż wrócę do domu. A kiedy wracam, nie zdążę zdjąć butów, a już Kropcia znowu biega wolno jak się jej podoba! Szczerze mówiąc to cierpię, kiedy opuszczam dom na cały dzień, źle mi z tą myślą, że ona biedna siedzi sama w klatce!

Ciekawa sprawa jest z porządkami w domu. Kropcia zawsze chyba chce mi pomóc. Szczególnie, kiedy odkurzam. Przy pierwszym włączeniu odkurzacza była troszkę wystraszona, jednak przekonała się, że jej nic nie grozi i często idzie za mną jak odkurzam, jak by sprawdzała czy robię to dokładnie! Czasem wskakuje na odkurzacz, kiedy tak buczy. No i obowiązkowo jest, kiedy odkurzam wokół jej domku, jak jej się nie spodoba coś to i w rurę od odkurzacza dziobnąć potrafi. Pewnego razu odkryłam że panicznie boi się miotły. Chciałam zamieść po moim piesku piach, a ona wręcz podskoczyła i za koziołkowała nad ziemią, spadła i biegiem jak najdalej. No nie wiem o co tu chodzi, ale to dość dziwne, prawda?

Moja słodka gołąbka musi dziobnąć wszystko co ją zainteresuje. Ostatnio wyjątkowo zainteresowały ją długopisy i kredki, ustawione w puszce na parapecie. Tak długo je zaczepiała, aż w końcu je przewróciła, wysypując wszystkie na biurko i ziemie. Kiedy Kropcie coś zaskoczy to kładzie po sobie wszystkie piórka, wyciąga szyje i ma wtedy takie duże ślepka! Często jeszcze przekrzywia główkę! Więc tak patrzyła na pustą, przewróconą puszkę, zdziwiona że to się w ogóle stało! Ciekawi ją też wiele rzeczy, które ja robię, np. jak się maluje, bądź coś sprzątam. Kropcia patrzy się na mnie tak samo. Dokładnie śledząc ruch moich rąk, podchodząc jak najbliżej. W łazience zawsze musi poskubać matę pod prysznicem. Ostatnio wyjęła mi zza pralki gumkę do włosów, która przypadkiem tam musiała spaść! Na przedpokoju idzie zawsze w stronę butów i wyjada piasek spod nich! Na parapetach muszę chować wszelkie drobne koraliki, pieniążki czy kolczyki, bo ona zaraz się za to zabierze! Wręcz kocha dziobać papier toaletowy! Dodam że ma swój własny, szary- najtańszy, bo z chusteczkami bym nie wyrobiła! Więc jak tylko znajdzie się w zasięgu jej kochanych oczek, Kropcia zaczyna drzeć go i rozwijać. Ok. Obrazek Kropci w całym rozwleczonym papierze jest słodki i uroczy, ale zwijanie go potem już mniej! Kropcia się szybko uczy i łatwo kojarzy pewne rzeczy z sobą. Na przykład dobrze wie że jej domek wyłożony jest gazetą i jak tylko widzi, że trzymam takową w rękach zaczyna się kręcić w okół swojej klatki, przeczuwa sprzątanie, więc trzeba stać na posterunku! Ostatnio znalazła miskę, w której się pluska. Stała pod suszarka, bo właśnie rozwieszałam pranie. Wskoczyła do środka poszukując wody. Oczywiście zdziwiona, że ta jest pusta. Świetnie pamiętała, do czego służy! Szkoda tylko, że nie może zapamiętać, żeby tapety nie obgryzać! Parę dni temu przyniosłam sobie jogurt z musli i postawiłam na biurku, Kropa zaczęła się aż trząść z tego zaciekawienia i zaczęła skubać mi jedzenie. Potrafi mi też wejść na talerz po kanapkach w poszukiwaniu okruchów. Zero skrępowania!
Bo Ona uznała już ze to jej dom i może czuć się tu swobodnie, stanowiąc własne prawa i często chce je egzekwować. Moja już w tym głowa, żeby nie pozwolić jej za dużo!

fot. Joanna Zaborska

Wybrałam się z Kropką ostatnio do weterynarza na szczepienie. Była to nasza druga wizyta u weterynarza. Zapakowałam Kropcie w karton, wyłożyłam ręcznikiem. Pan doktor ma gabinet dość blisko nas. Za pierwszym razem ją obejrzał, przyjrzał się skrzydłu i zawyrokował ze niestety ‘tak już zostanie’. Dał też tabletki na odrobaczenie.

Kropcia dostała zastrzyk w tył główki, a ja musiałam w tym pomagać, trzymając za nóżki, piórka i ogonek i odciągać głowę… lekarzowi szło to o wiele sprawniej, ja się bałam mocniej złapać ją i zresztą ona czuła, ze z mną może sobie pozwolić. Na sam zastrzyk patrzeć nie mogłam! Doktor zrobił to szybko i sprawnie, podobno nie bolało…ale ja widziałam, ze do dnia następnego bolało ją to miejsce, bo główki nie mogła dobrze wykręcić i Np. gmerać sobie pod skrzydełkiem! Generalnie do końca dnia ptaka ‘nie było’. Musiał się bardzo źle czuć, w ogóle się nie ruszał, był apatyczny, spał tylko. Naprawdę się martwiłam, że tak znosi ten zastrzyk. Jeść tez nie chciał. Dopiero popołudniu dnia następnego zaczął się ruszać i skubnął ziarna, na szczęście na wieczór nie było już śladu po złym samopoczuciu i Kropka była znowu sobą!

Zapytałam się lekarza o znoszenie na bok po kąpieli, bo nie raz się tak zdarzyło, ze po wyjściu z ‘wanny’ traciła równowagę i jak pijany zając szła! Trochę to wyglądało jak by wiał z boku na nią silny wiatr i ja znosi! Lekarz wytłumaczył, ze widocznie skrzydło jej tak nasiąka i nie umie złapać równowagi, przez to chore skrzydełko, ale to nic groźnego.
Widać było ze lekarz lubi naprawdę zwierzątka, bo się uśmiechał jak ja oglądał, cieszył się ze chce mu się wdrapać na ramie i śmiał się tez jak opowiadałam mu co tez ten ptaszek nie wyczynia!

No i teraz mam sensacyjna wiadomość, wręcz szokująca!!! Kropcia to ON!!! Już tłumaczę! Od jakiegoś czasu zaloty mojej ptaszynki nabrały na sile i zaczęła mi wskakiwać na rękę i się mościć, ocierać, tańczyć i… zostawiać białą substancje; kropelkę, dwie… to mnie już zdziwiło ale nie znam się na tych wszystkich ptasich procesach! choć już zaczęłam mieć podejrzenia… Zapytałam się lekarza co to ma znaczyć i on powiedział ze tak robią tylko samczyki i widocznie Kropek to samczyk, tyle ze bardzo drobny i mały. Dlatego łatwo ostatnio mi przytaknął ze to kobitka…bo z reguły samiczki są drobniejsze od samców! A ja się już przyzwyczaiłam, ze to jest dziewczyna i ciężko mi się przestawić teraz będzie!!! Tak naprawdę płeć nie ma większego znaczenia tutaj, a ze on już reaguje na imię Kropcia to już tak zostaje, ewentualnie Kropek! On czy ona, kocham tak samo mocno!

Po tej wizycie wstąpiłam do sklepu obok (odkryłam ze jest obok sklep z artykułami dla gołębi). Widać, ze właściciel to hodowca, bo cala polka była usłana nagrodami! W środku byli chyba jego koledzy hodowcy bo wszyscy się zainteresowali moim ptaszkiem! ‘Pani go pokarze’ ‘a w klatce go pani trzyma?’ itp. Generalnie byli bardzo mili i uśmiechnięci. Pan wybrał mieszankę, wzięłam kg i zapytałam się o witaminki, sprzedawca powiedział ze mi się to nie opłaca, ale nabrał mi w woreczek taka porządna chochla proszku(podejrzewam ze gratis- bo za kg ziaren plus ta spora porcje witamin zapłaciłam 3 zł tylko!)

Wróciłam do domu zadowolona, jak to dobrze ze są na świecie tacy dobrzy i bezinteresowni ludzie. Lekarz pobrał ode mnie opłatę naprawdę symboliczna(5 zł)! No i Kropek będzie zdrowy!

Nie wyobrażam sobie już teraz życia bez Kropka. Mimo że jest już ze mną tak długo to nadal obserwuje go z wielką radością i jeszcze udaje mi się zauważyć jakieś nowe zachowania lub śmieszne reakcje.

Generalnie chłopak jest bardzo zaborczy i życie z nim bywa często uciążliwe, ponieważ ubzdurał sobie ze ja jestem jego samiczka(jakkolwiek to brzmi…)i trzeba mnie pilnować. Teraz już wiem, ze kiedy biega za mną po całym domu to nie dlatego ze mnie tak kocha i tęskni(chociaż może!) a czuje się w obowiązku mnie dopilnować! Często przy tym swoim dziobaniem mnie w stopy chce wyegzekwować swoja wole! Mogła bym powiedzieć ze mnie terroryzuje, jak mu się coś nie podoba to dziobie! Często szarpie mnie za nogawkę, gorzej jak mam gole stopy, wtedy albo uciekam przed nim albo chowam nogi!

Parę dni temu miał straszny problem, gdy jadłam śniadanie w kuchni, a mój pies leżał na całej szerokości przedpokoju i Krop nie miał jak się dostać do mnie. To tylko słyszałam jak nerwowo tupie od pokoju do psa! Jednak się nie odważył przejść bezczelnie po psie. Ale i tak uważam ze pozwala sobie na za wiele. Jest tak pewny siebie, ze uważa chyba ze jest nie tykany i ze pies mu nic nie zrobi. Kiedy Bary je jakaś psia nagrodę Kropa podbiega pod jego pysk próbując złapać okruchy. Podziwiam spokój mojego pas i odwagę Kropka!

Gołąb znalazł sobie nowa zabawę- przeciąganie mojego kapcia po pokoju. Nie za bardzo rozumiem jaki ma w tym cel, ale łapie dziobem na materiał i ciągnie w swoim kierunku. Często nawet przesunie go na metr, co już uważam za wyczyn z jego strony! Domyślam ze się nudzi u mnie w domu. Papu ma na zawołanie, zero kumpli i ciągle te same cztery ściany. Szuka sobie na każdym kroku zabawy.
Czasami biega bardzo szybko po domu bez szczególnego powodu. Do dużego pokoju i do mnie i tak kilka razy. Pewnie czuje, ze brakuje mu ruchu Mam w pokoju rowerek treningowy, wiec mały próbował wskoczyć na pedał. Kiedy wskoczyli pedał się osunął w dol. Krop spadł i przez dłuższa chwile patrzył z głębokim niedowierzaniem co się stało!

Mieliśmy w domu na święta żywą choinkę, która strasznie go przyciągała. A w dodatku tak się świeciła i migotała! Było kilka prób podejścia do bombek, bo za każdym razem igiełki go kuły i on uskakiwał. 2 razy ściągnął mi lekką bombkę na ziemie, potem sama byłam pokuta od igieł, bo musiałam głęboko pod choinkę sięgać żeby go stamtąd wydobyć.

Ostatnio przyłapałam go jak wyciąga mi z torebki okruszki. Musiałam włożyć woreczek po jakiejś bułce i się rozsypało. Wykorzystał to ze torebka nie była zapięta i ucztował.

Duży mam ubaw jak patrzę na niego kiedy czyści sobie łapki. To jest naprawdę urocze, bo dzióbkiem oczyszcza sobie pazurki i przy tym cofa łapkę pod siebie, bo coś go zakuje i cały tak się cofa do tylu.

Kropek zaleca się do wszystkiego w czym się nawet lekko odbija (piekarnik, a nawet aluminiowe nóżki od krzeseł!). Często daje mu lusterko żeby „pogadał sobie ze swoim”. Jednak najbardziej dziwi mnie kiedy robi to do rolki papieru czy psiej piłeczki! Cały się robi taki napuszony i wysoki, aż na palcach staje żeby być wyższym!

Czekam czym jeszcze mnie zaskoczy…

Autor: Joanna Zaborska

Musisz być zalogowany aby dodać komentarz.