Dodał(a) Agata dnia 26 - 02 - 2011 0 Komentarzy

fot. A. Janik

► Kliknij i popatrz mu w oczy, jakie piękne przejrzyste i rozumnie patrzące na mnie z nadzieją, nadzieją na lepsze jutro i tęsknotą za wolnością.

Historia gołębia grzywacza, którego nazwaliśmy Kubuś nie jest długa.
Był to duży, wyrośnięty gołąb, który wpadł do pewnej hali pracowniczej, gdzie obtłukł się i zwichnął skrzydło. Po bokach miał ślady brudne od otarć, gdzie szamotał się wpadając między bębny jakiś ogromnych maszyn. Trzymany przez pracowników w małym kartonie, karmiony chlebem, bez picia szybko tracił siły i chęć do walki o życie.
Gdzieś tam na pobliskim drzewie nawoływała go samica, która siedziała na gnieździe. Nie wiem czy miał młode już, czy tylko jajka. Po dwóch dniach pracownicy stwierdzili, że skoro nic mu lepiej, trzeba z niego ugotować rosół.
I tak wyrwany z rąk oprawców, pewnym dziwnym sposobem trafił do mnie.
Zapakowany w karton w bagażniku samochodu został najpierw zawieziony przeze mnie do hodowcy gołębi.
Ten sprawdził stan jego skrzydeł, gdzie okazało się po fachowych oględzinach, że kości są całe. Z piwnicy przyniosłam dużą klatkę, gdzie umieściłam nieboraka by w spokoju odpoczął. Gołąb był niedostępny, przy każdym zbliżeniu się do niego odstraszał groźnym pomrukiem i fukaniem.
Nie jadł i nie pił, jakby zbuntował się, że nie będzie żył w niewoli. Zaczęłam do niego mówić, swoimi oczami wpatrywał się we mnie i nasłuchiwał. Na drugi dzień postanowiłam powalczyć troszku z „ptasią depresją „. Ostrożnie i delikatnie otwierając dziób Kubusiowi, jedną ręką wpychałam moczone ziarno dla gołębi. Czasami wyrzucił, ale większość z nich zaczął połykać. I tak kilka razy nakarmiłam i napoiłam ręcznie gołębia.
Na każdy mój gwałtowny ruch, czy pomoc drugą ręką, gołąb reagował spłoszeniem.
Na noc nasypałam ziarna i nalałam wody, rano spotkała mnie niespodzianka ziarno zniknęło i wody ubyło. Od tego czasu z gołębiem zaczynało być lepiej zaczął z klatki zeskakiwać na żerdkę, która przygotowałam mu z kija od miotły, a z czasem na podłogę na balkonie. Dziki i niedostępny, coraz groźniejszy dla mnie, nie dał do siebie podejść, wydawał coraz groźniejsze dźwięki. Skrzydełko zaczęło mu się podnosić wyżej, chociaż jeszcze ten jeden bok był jakby opuchnięty, bo bardziej wypukły.
Któregoś poranka obudził mnie straszny łomot o szyby, Kubuś nabrał sił i zaczął poważnie rozrabiać na balkonie. Siadłam i zastanawiałam się, co robić ?.
Raz po raz startował w okna, więc zaczęłam poważnie obawiać się, by znowu się nie obtłukł i sam siebie nie skrzywdził.
Zamknięty w klatce wariował nie miłosiernie. Patrząc tak na nieboraka, który tak mocno walczy o wolność, postanowiłam już go wypuścić, stwierdzając, że takim zachowaniem wyrządzi sam sobie krzywdę, a skoro tak mu się poprawiło znaczy, że już pora….
I tak nadszedł czas wolności. Jego lot był jeszcze słaby i nie równy, leciał nisko nad ziemią, zniknął mi z oczu wśród kilku gołębi buszujących na trawniku w oddali.

 

Autor: A. Janik

Musisz być zalogowany aby dodać komentarz.