Dodał(a) Agata dnia 26 - 02 - 2011 0 Komentarzy

fot. A. Janik

► Piękna słoneczna czerwcowa niedziela, poobiedni odpoczynek przerwała mi grupka dzieci krocząca w moim kierunku. Usłyszałam tylko ciężkie westchnienie mojego męża „o nie!!!” . Jeszcze nic nie mówiąc, nie widząc zawartości ściśniętych dłoni pomyślałam „ptak”. Dzieci z radosnymi buźkami tłumaczą, że znaleźli maleństwo zaplątane gdzieś nad jeziorem. Po krótkiej lekcji dla wszystkich dzieci, co się robi jak się znajdzie takiego ptaszka i instrukcji, kiedy ptaka można wziąć ze sobą by pomóc, a kiedy nie – przejęłam wróbla.

Maleńki ptaszek okazał się podlotkiem wróbla, jego oczka jak małe ziarenka błyszczące w słońcu patrzyły na mnie, przekrzywiając dziób na prawo i lewo. Wtulony w moją dłoń nie bał się i nie próbował opuszczać miejsca, w którym się znalazł. Po szczegółowych oględzinach, moje własne dzieci nadały mu imię „ciupa ciup”
Ptaszek nie był zraniony, nie wyglądał na chorego, po sprawdzeniu możliwości lotnych okazało się, że są to jeszcze słabe podloty niewprawionego w latanie ptaka. Jedynym jedzeniem, które mogłam zorganizować w chatce nad jeziorem dla nieboraka była bułka tarta, którą chętnie zdziobywał z mojego palca.

 

fot. A. Janik

Tak zaczęło się niańczenie w dłoniach podlotka, który nie miał najmniejszego zamiaru siedzieć w pudełku od ptasiego mleczka, przygotowanego do tego celu. Każda próba włożenia wróbla do pudełka, kończyła się piskiem i sfrunięciem z powrotem na moją rękę. Z całą stanowczością uznał to miejsce jako dobre do odpoczynku. Ponieważ czas mojego powrotu do domu szybciutko się zbliżał, ciupa ciup wylądował na stole i skacząc po tarasie zwiedzał zakamarki winobluszczu, którym jest zarośnięty taras.

Po spakowaniu torby położyłam wróbla na jedną z moich tui, licząc na to, że pisklak osłabiony być może, wrócił do sił i odfrunie tam, gdzie jego miejsce na ziemi.
Niestety to, co ptakowi wychodziło najlepiej, to sfruwanie, po czym siedział na chodniku i obserwował oczkami odbijającymi blask słońca, co się będzie dziać dalej. Jego bezradność była zbyt wielka, by odwrócić się od malutkiego ptaszka i przejść obojętnie. Czy serce człowieka jest zbyt małe, by nie zmieścił się w nim malutki bezradny wróbelek?? Czy jestem w stanie przejść obojętnie odwracając się od potrzeby malutkiej istotki?…

fot. A. Jani

Podróż za jeden uśmiech

W milczeniu przeszukiwałam kuchnię w poszukiwaniu czegoś, w czym mogłabym przetransportować ptaka, a on nie czułby się źle przez dwie godziny.
Wreszcie udało mi się znaleźć mały wiklinowy koszyczek, do którego przymocowałam pokrywkę z tektury i zabezpieczyłam obwiązując sznurkiem i tak koszyczek wylądował w płóciennej zielonej torbie na zakupy. Moje domowe zwierzaki tym razem zostały w domu, pilnowane przez moją mamę, więc mój letniskowy sąsiad, który miał mnie zabrać z powrotem do domu, podjechał, ale lekko zdziwiony, dlaczego tym razem wracam sama, bez żadnych zwierzaków. Po wytłumaczeniu, że zwierzęta tym razem pilnują domu, wsiadłam spokojnie nie zdradzając, że nie wracam sama. Po półgodzinnej monotonnej podróżny, rozbrzmiało głośne rytmiczne ćwierkanie, nasz pasażer na gapę okazał się silnym ptakiem w głosie. Cóż za ożywienie nagłe nastąpiło w samochodzie, wesołym śmiechem wyjaśniłam sytuację, co zostało skomentowane, że jednak jak nie mam swoich zwierząt przy sobie, to muszę zgarnąć coś z ulicy. I tak z ćwierkaniem dojechaliśmy do domu, gdzie wróbelek otrzymał do swojej dyspozycji pokój moich dzieci i tak zakończył się dzień malutkiego wróbelka, pełny przygód i nowości w jego tak krótkim życiu.

Wczesna pobudka

fot. A. Janik

Rano obudziło mnie rytmiczne ćwierkanie o godzinie 5,50. Wstając zobaczyłam pod drzwiami mojego zdziwionego kota, nadsłuchującego ćwierknie ptaka i chociaż jest nauczony, że moje ptaki hodowlane tylko może oglądać tym razem w jego oczach pojawił się dziwny błysk – „oho!! Koleżanko nawet nie proś mnie, bo do tego pokoju nie wejdziesz- proszę bardzo iść sobie oglądać amadynki, albo bawić się z fretką”, na co fretka również okazała się zaabsorbowana zamkniętym pokojem i jego zawartością, którą wyraźnie wyczuwały swoimi noskami. Czyżby inny zapach ptaka? coś, czego nie znają. Po wczesnym przebudzeniu naszykowałam wróbelkowi jego jadłodajnie, bo oczywiście ptaszyna miała z pokoju zrobioną halę wolnych lotów, w której miał nauczyć się fruwać i radzić sobie pozostawiony sam przez większość dnia. Na efekty nie było trzeba długo czekać, już na drugi dzień ptaszek okazał się dobrym pokojowym fruwakiem. Zdziczał, zaczął bać się mojej ręki, co bardzo mnie ucieszyło wręcz uradowało.

fot. A. Janik

Dzielnie korzystał i pobierał pokarm, a na moje próby uchwycenia go w swoje dłonie reagował głośnym pyskowaniem, które śmiesznie brzmiało jak jakieś ględzenie.
I tym to sposobem mój lokator doszedł do świetnej formy. Mając pod dostatkiem jedzenia, które przygotowałam mieszając różne składniki, kładąc kłosy prosa i traw, wróbelek miał bar przygotowany na biurku mojej córki i zawsze, kiedy wchodziłam rano posprzątać, mój wróbel siedział w misce z pokarmem.
Tak więc uradowana dobrymi rokowaniami ptaka zrezygnowałam z odwiezienia go do azylu. Skoro ptak tak dobrze sobie już radzi, nie było sensu dłużej go przetrzymywać ani oddawać dalej.

fot. A. Janik

Wolność

Znowu znalazłam się w chatce nad jeziorem. Rano obudziło mnie skakanie mojego wróbla po podłodze pomyślałam: to już dzisiaj, wstałam, pokrzątałam się po domu i ruszyłam z córką na łąkę na skraju lasu. Wróbel siedział grzecznie w mojej dłoni, swoimi oczkami obserwował świat, w tym momencie chciałabym wiedzieć, co myśli sobie mały wróbelek. Na porannej łące było słychać ptaki, polana w słonku wyglądała cudownie. Otworzyłam dłoń a wróbel chwile się porozglądał i wystartował na pobliskie drzewo. Tam słychać było radosne „ćwir, ćwir” Stałam i obserwowałam.

Pożegnanie

Kołysząc się na gałęziach patrzał jeszcze na mnie przez moment, potem wystartował i poleciał na łąkę. Usiadłam sobie cichutko i obserwowałam dalej zachowanie mojego wróbla. Kołysząc się na łodyżce jakiegoś polnego chwastu skubał płatki kwiatów, potem źdźbła traw, następnie sfrunął i zbierał z ziemi małe ziarenka, co jakiś czas radośnie poćwierkując. Po woli ruszyłam w drogę powrotną do domu, na moment stanęłam jeszcze na skraju łąki, popatrzyłam na miejsce gdzie przed chwilą był mój wróbel.

fot. A. Janik

Szkoda mi było wracać, chociaż zachowanie wróbla utwierdziło mnie, że sobie poradzi to gdzieś w środku coś mnie zakuło, jakiś mały żal za ptakiem, do którego obecności się przyzwyczaiłam. Nagle wróbel poderwał się z łąki uniósł się dość wysoko i poleciał na drzewo na skraju lasu, daleko ode mnie, tam już go straciłam z oczu a z oddali słychać było jeszcze „ ćwir, ćwir „ jakby ciche ptasie pożegnanie.

Autor: A. Janik

Musisz być zalogowany aby dodać komentarz.